Pierwsze w życiu występy artystyczne, wnuczka dedykowała babciom i dziadkom licznie i punktualnie przybyłym do żłobka.
Wyglądało na to, że każde dziecko śpiewa i deklamuje dla własnych dziadków OSOBNO, chór więc był dość chaotyczny, a interpretacja zgodna wyłącznie z temperamentem i wyobraźnią indywidualną artystów. Najdonośniej śpiewał pan od rytmiki, choć nie wiadomo czy jego babcia była na sali.
Właściwie dlaczego nie?
Jedno, co im wyszło zgodnie razem i bez tremy, to kłanianie się do oklasków.
Ale i tak było pięknie i wzruszająco.
Już w szatni Magda omiotła wzrokiem potulnie czekajacą, spoconą w grubych płaszczach rodzinę i zakomunikowała zasadniczo:
- Policzyłam was.
Uff. Całe szczęście, że stawił się komplet żyjących przodków.
Siedziałam wczoraj na kanapie u teściowej, z którą mimo rozwodu z jej synem wciąż mam dobry kontakt. Nie jestem zwolenniczką odpowiedzialności zbiorowej, poza tym jest to wciąż babcia moich dzieci. No i wreszcie zawsze była lepszą teściową niż jej syn mężem.
Więc siedziałam wczoraj na tej kanapie, popijałam herbatę i słuchałam dyspozycji, których sens dotarł do mnie z opóźnieniem.
Babci Ali, jak ją nazywamy przeczucie kazało znaleźć nowe miejsce dla psa, naszykować jego dokumenty, zapisać adres domu, do którego mam odprowadzić Gucia. Obiecałam odprowadzić nie zaprzeczając zasadności.
Pokazała gdzie jest pudełko z butami i ubraniem, oraz gdzie są schowane dokumenty.
Poradziła się, na kogo przepisać samochód.
A ja tak sobie spokojnie przytakiwałam, obiecując że zrobię wszystko jak sobie życzy,
z odczuciem, jakby wybierała się do koleżanki do Szwecji.
Dopiero dziś dotarło do mnie faktycznie, w jaką podróż się wybiera i że będzie mi jej brakowało bardziej niż sądziłam do tej pory. O wiele bardziej.
Wiem, że człowiek noszący w organizmie kilka nieoperacyjnych tętniaków nie histeryzuje, porządkując swoje sprawy. Jest rozsądny i mądry.
Mam nadzieję kiedyś zdążyć zachować się podobnie.
Babcia Wnukom zaimponowała mi ostatnio wiedzą.
Ona wie, że pęcherz to nie prosty worek na siuśki do którego spływa mocz, tylko coś w rodzaju gąbki.
Skąd ona to wytrzasnęła?
Przecież nie ma Internetu.
Strach pomyśleć co by ogłaszała przy herbacie, gdyby go miała.
Tradycja pozwala choinkę rozbierać po „Trzech Królach”. Tak też w tym roku było. Doczekałam do dwunastej w południe i uznawszy dzień za zaliczony, przytargałam z piwnicy pudła.
(Gdzie trzymają ludzie pudła z bombkami w tych nowych blokach bez piwnic?
W szafach ubraniowych?)
Ubierania choinki nie oddam nikomu, bo lubię to robić. Wnuczkę dopuściłam w tym roku do tej miłej czynności, bo jej się należy z racji wieku.
Rozbierać jednak muszę sama, niespiesznie i w spokoju ducha, ponieważ jest to dla ducha uczta nostalgii, i drobnych wzruszeń.
Biorę każdą zabawkę do ręki, odkurzam przed włożeniem do pudełka i wspominam.
Moja choinka jest trochę, jak moje życie zatrzymane w delikatnych, kruchych świecidełkach.
Może dlatego, że kruche, robi się nostalgicznie?
Może dlatego robi się nostalgicznie, że świecidełka z racji urody przywodzą na myśl tylko dobre wspomnienia?
Gwiazdka z Sadkowic, jakich już nie ma. Takie były kiedyś ozdoby na opłatkach rozprowadzanych przez Kościół. Chciało się komuś to wycinać, kleić, pakować opłatki. Takie opłatki przysyłała Babcia, potem Ciocia. Zawsze z mojej dziecięcej inicjatywy wisiały na choince.
Ta gwiazdka jest ostatnia.
Moja opisywana już kiedyś bombka w kratkę. Nie wiem skąd się wzięła, ale pamiętam ją „od zawsze”. Powędrowała ze mną na pierwsze samodzielne mieszkanie razem z
maleńkimi bombeczkami, które mama wieszała zawsze na górze, przestrzegając proporcji i zasady: małe bombki na górze i na małych gałązkach, duże na dole. Odruchowo robię to samo. Kiedy ubierałam swoją pierwszą choinkę w swoim mieszkaniu podzieliła się tymi maleństwami.
Srebrne sople i szyszki z lat sześćdziesiątych, już nie błyszczą tak jak dawniej, ale starzały się razem ze mną od lat, więc im wybaczam. Na drugim planie różowa wielka bombka z lat osiemdziesiątych. Cena na pudełku: dwanaście tysięcy. Jedne z pierwszych bombek kupionych osobiście do własnego mieszkania.
No i grzyby. Czerwone, błyszczące koniecznie muchomory. Nie wiedzieć czemu, dawniej na żadnej choince nie mogło ich zabraknąć. Bardzo pilnowałam jako dziecko, żeby muchomory na choince były. No i oczywiście kupiłam je mniej więcej w okolicach stanu wojennego.
Jak widać nie tylko ocet i kartki wtedy były. Grzyby były też.
Zdjęte już z choinki pluszowe dziwadełko, zawsze wywołuje uśmiech, ponieważ zostało przezwane przez syna, ówcześnie czarującego nastolatka „bawolim okiem wersja świąteczna”. Wisi obowiązkowo co roku. Gdyby nie ta wątpliwej urody ozdoba, pewnie do dzisiaj nie wiedziałabym co to takiego bawole oko i do czego służy.
Ulubione bombki metalowe syna, kiedy miał lat około dziewięć. Niby brzydkie, ale coś w sobie mają.
Pilnował ich powieszenia, jak ja kiedyś muchomorów.
Ten krasnal jest taki już biedny i paralityczny, że wieszam go z litości i trochę na przekór poglądowi, że tylko rzeczy ładne są godne zainteresowania. Pochodzi z czasów, kiedy pierwsze moje dziecko wierzyło w Świętego Mikołaja.
Dwie ocalałe sztuki z serii „Ufo” to lata osiemdziesiąte. Wykonane ze srebrnej folii metalowej, kupione w sklepie papierniczym.
Wieszam na dowód, że kicz świąteczny niejedno może mieć imię.
Przedstawicielka plastikowych bombek z „Biedronki” przypomina czasy, kiedy było krucho z pieniędzmi.
To jedna z pierwszych plastikowych bombek, które początkowo były bombkową profanacją. Teraz patrzę na nie łaskawszym okiem, bowiem są bezpieczne dla dzieci.
Historię najnowszą uosabia wyjątkowo nieostry „Aniołek Madzi”. Zostawiony przez młode pokolenie, które wyprowadzało się „na swoje” we wrześniu, kiedy do pudeł z zabawkami na choinkę się nie zagląda.
Parę lat temu, jako prezent od Babci Wnukom pojawiła się kompletnie niepasujaca do reszty „Królowa Bona (nazwa moja). Pierwsza połowa dwudziestego pierwszego wieku. Bardzo dostojna i dystansująca się od krzykliwej migoczącej w światełkach hałastry.
Są jeszcze stare bombki z dziurką w środku, lampki z czasów stanu wojennego, pierwsze bombki kupione zaraz po ślubie, bombki kupione zaraz po rozwodzie. Koszmarne srebrne, wyleniałe bombki podarowane przez teścia.
Zepsuły się niestety własnoręcznie robione papierowe ptaszki, obsypane tłuczoną bombką.
Ale pamiętam jeszcze jak się je robi.
Czyż nie jest oczywiste, że historię swojego życia chcę wieszać na choinkę i pakować powrotem do piwnicy sama?
Lubię swoją choinkę, jest wzruszająca, kolorowa, błyszcząca, kiczowata, słodka od cukierków, jednym słowem ciekawa.
Trudno mi sobie wyobrazić w domu jednokolorowe, gustowne drzewka pasujące do koloru tapet czy dywanu, jak choinki z hal centrów handlowych.
Mam dużą piwnicę, mogę mieć to swoje kolorowe życie w tylu kartonach w ilu potrzeba.
Czy to z powodu braku miejsca, w tak wielu oknach nie widziałam w tym roku mieniącego się drzewka?
Kiedyś lubiłam zaglądać do okien i patrzeć, jakież to ludzie mają choinki?
W tym roku spostrzegliśmy na jednym ze spacerów, że nie wszyscy mieli.
Z braku miejsca, z lenistwa, czy podupadania tradycji pozbawili się takiej fajnej dziecięcej przyjemności.
W Sylwestra o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt czytałam o chorym kotku, co leżał w łóżeczku, pan doktor zalecił mu pijawki i dyjetę ścisłą, na co wnuczka zareagowała niemym pytaniem wyrażonym wzrokiem.
A tu już pierwszego stycznia, nowy system realizacji recept być może wyjął z lamusa pamięci i z archaicznych książeczek dla dzieci te dostępne i tanie sposoby leczenia.
Kto wie, może łatwiej będzie przyłożyć pijawki niż wykupić receptę?
.
Osiedlowe iluminacje noworoczne oglądaliśmy przez okno, wnuczka stwierdziła, że „to nie jest śmieszne” i w ten sposób już w wczesnym dzieciństwie dołączyła do grona zdystansowanych osób, które nic nadzwyczajnego nie widzą w zmianie daty.
A ja nie mogę w tym nowym roku dojść do znanej mi zazwyczaj kondycji.
Jestem zmęczona jak po urlopie.
Jak po świętach.
Albo po weselu.
Dobrze, że zawsze można zwalić na pogodę, która jest wciąż listopadowa, depresyjna, ponura, a zimna wilgoć wkrada się wszędzie gdzie tylko może.
Innego wytłumaczenia tego samopoczucia nie znajduję.
W nowym roku od nowa trzeba będzie walczyć w pracy o zyski firmy żeby przetrwała.
Zrobić przeglądy samochodów.
Rozliczyć podatki.
Iść do ginekologa na przegląd.
Iść do dentysty również na przegląd.
Zapłacić OC.
Zbadać trójcę świętą: tarczyca – cholesterol – cukier.
Znaleźć miejsce na urlop.
Zaopatrzyć schowki w prezenty dla różnych jubilatów i solenizantów.
.
A wszystko już było tak pięknie załatwione i odfajkowane.
Życie jest nieprzewidywalne, chęci i możliwości również, więc postanowień na nowy rok miało nie być.
Jednak jedno będzie:
Mam pragnienie, wziąć książkę do torebki.
Iść samotnie do CoffeHaeven, kupić kawę, jakiś drogi kawałek ciasta (najlepiej tortu czekoladowego), zasiąść w fotelu i przez godzinę czytać.
Czytający książki i gazety w CoffeHaeven sprawiają wrażenie ludzi, którzy się nie spieszą, mogą przysiąść, opuścić na chwilę realny świat i skupić się na literackiej rzeczywistości.
W samym środku dnia albo rano. Fajnie.
I znowu trzeba będzie wymyślać prezenty pod choinkę, i tak do...
skomentuj (1)