narzeczona-lukego2

Mamuś, a chciałabyś być narzeczoną Lukego?

48

0

W dzieciństwie często rozlewałam herbatę na świeżym obrusie w sobotni wieczór przy wspólnej kolacji z rodzicami.
Bardzo starałam się nie rozlać. Pewnie dlatego. Sumienie gryzie-pranie nie było kiedyś tak łatwe jak dziś.
A teraz? Teraz wcale się o to nie staram, a jednak
Zawsze w korku wybiorę ten pas, którym poruszam się wolniej.
Zawsze, stanę do tej kasy, w której za chwilę stworzy się z jakiegoś powodu zastój.
Zawsze otwieram pudełko z lekarstwami od tej strony, gdzie jest ulotka.
Zawsze o atrakcyjnym spektaklu lub koncercie przeczytam, dzień po nim.
Zawsze największą ochotę na jabłka mam na wiosnę, kiedy już mają mało wartości.
Zawsze wady nowych butów dostrzegam dopiero w domu.
Zawsze najfajniejsze ciuchy widzę na ludziach, a nie w sklepach na wieszakach.
Zawsze palnę coś, co niepotrzebnie nakręci Babcię Wnukom.

Babcia Wnukom jak tylko usłyszy, że ktoś jada owsiankę grzmi głosem poważnym jakby to było śmiertelne ryzyko:
- Ale przecież lekarze ciągle mówią, żeby do owsianki KONIECZNIE zjeść ser biały, bo inaczej dostanie się osteoporozy, bo owies niszczy wapń jak kawa magnez.
Nie wiem czy to prawda. Pewnie tak, skoro lekarze w telewizji śniadaniowej tak twierdzą.
Apel do narodu:
jedzcie ludzie biały ser do owsianki.
Bo Babcia Wnukom się martwi.
Że ludzie na starość będą łamać kończyny i chodzić o kulach z powodu mody na owsiankę.
Ja jem dużo sera, ale bez owsianki, bo owsiankę trzeba ugotować a ser tylko kupić.
Nie wiem co mi grozi.
Może piekło za lenistwo.
Albo brzydka cera, bo to się podobno robi od nadmiaru nabiału.

47

2

Nie unikaj nieżyjących już przyjaciół
zaklętych w książki i listy
to szczątki zapomnianej mowy czasu
którą odkrywasz na nowo
Julia Hartwig

Po nas zostaną raczej tylko zdjęcia. I to nie wiadomo jak długo, bo nośniki informacji zmieniają się i przestają być kompatybilne. Dziesiątki zdjęć, filmów i filmików rozsianych po dyskach, youtubach, Facebookach. Słów jak na lekarstwo. No bo co? Smsy? Emotikonki, śmieszne, żółte pyszczki, albo serduszka czerwone na znak, że… Chyba, że ktoś się o słowa postara, jak ja drukująca bloga, po to by wnuczki czy prawnuczki miały jakiś tekst pisany przez przodków.
Właśnie: drukująca. Będą miały kartki drukowane przez Brother 8880 o kształcie widzianym gdzieś może w muzeum informatyki.
Własną ręką piszę jeszcze co najwyżej listę zakupów.
A Ich mam. Mam ślad babci ręki zatrzymany na papierze. List pisany ołówkiem, drugi piórem. A może stalówką i obsadką? Kto wie co to stalówka? Kiedyś z nostalgią patrzyłyśmy z mamą na kartki na słoikach pisanych przez babcię: marmolada i rok. A tu taka gratka się odnalazła: całe dwa listy.
I wiem, że moje wnuczki czy prawnuczki nie będą się wzruszały na widok jakiegokolwiek wydruku. Niestety, tylko własna ręka okrasza tekst wartością dodaną, tą która powoduje wzruszenie po latach.
list babci1 strona 1-4mm
Tak się kiedyś pisało do mężów…
Mam też odbicie dziadka działalności utrwalone jego ręką na rachunkach, rozliczeniach z urzędami skarbowymi lat trzydziestych, pięćdziesiątych, z okupacją po drodze włącznie.
Mam dziadka podanie o przyjęcie do pracy, kiedy kolejne domiary do podatku zniszczyły bezpowrotnie jego sklep, którego okupant hitlerowski nie wykończył. Dopiero władza ludowa.
Widzę tą scenę. Jak siedzi w kuchni przy stole i wspomnianą stalówkę macza w kałamarzu.
No i tak: prawie cały dzień w starych dokumentach, papierach, listach, gazetach, broszurach.
Jednak chwała Cioci, że niczego nie wyrzucała.
Zafundowała potomnym podróż w świat, tak bardzo różny od obecnie przeżywanego.
kenkartam
Dziadka Kenkarta z 1943 i babci listy pełne tęsknoty i troski o najbliższych to dopiero początek.

46

0

Wisi mi. Wisi mi od rana na szyi wisior który mnie ziębi. Metalowy, na jasnobeżowym rzemyku. I ziębi.
Była kawa – nie pomogła.
Była herbata – nie pomogła.
Było ciastko ryżowe z czekoladą (ale tylko z jednej strony) – nic cieplej.
Była pokrzywa z morwą (herbata) – wisior ziębi.
Była kanapka i dolewka herbaty – bez rezultatu.
Zimno.
Nie w pokoju, na szyi, ale to wystarczy.
Co za durne uczucie, kiedy zimno w dekolt.
Może i pora roku sprzyja golfom, ale u mnie to wykluczone. W golfie mogłabym sprawiać wrażenie trenowania czynnie rzutu młotem.
Jak ogrzać metalowy wisior na szyi, skoro własnym ciałem się nie udaje od rana?
Może wersje zimowe biżuterii powinny być na baterie?
Ale jaka frajda móc zrobić selfie wisiorowi…. I jaka gimnastyka, żeby wisior było widać, a szyi, co już niepiękna nie.
I żeby wisior było widać, a tego na czym spoczywa jakby niekoniecznie w skali 1:1?
Dla większości ludzi błyskawiczne fotografowanie czegokolwiek to żadna atrakcja, ale ja mam wreszcie nowoczesny telefon i właśnie odkrywam go jako zabawkę, a nie przedmiot do porozumiewania się.
wisiorm
I co?
Można o niczym na 19 linijek i jeszcze zdjęciem to nic ozdobić?
Można.

45

1

Któż z nas nie doświadczył widoku baby w futrze na cmentarzu pierwszego listopada?
Kiedyś bawiliśmy się w liczenie bab w futrach, kto najwięcej naliczył dostawał czekoladę. W tym roku ani jednej nie widziałam. Czekolady nie było.
Któż nie widział, albo nie doznał tego tępego wyrazu twarzy podczas mszy, jaki maluje się u osób usiłujących skupić się na siłę?
Któż nie uległ dylematowi przy kupowaniu zniczy: im większy, bardziej jarmarczny lampion, tym większy szacunek i pamięć i splendor? Jest coś takiego. Może dlatego, że to już jedyna rzecz, jaką możemy podarować bliskiemu?
Ale nie wchodźmy w tym razem w poważny ton. Trochę humorystycznie mi się ten dzień potoczył nie bacząc na powagę sytuacji.
Chodząc po cmentarzu z pokaźną reklamówką zniczy średniej wielkości, (znicz średniej wielkości jest najbezpieczniejszy: nie będzie przerostu formy nad treścią ani posądzenia o ignorancję lub co gorsza skąpstwo) robiłam sobie w myślach listę mieszkańców cmentarza, z którymi chciałabym się spotkać i porozmawiać.
I to by było dopiero święto, gdyby to było możliwe. Raz w roku pogadać z dziadkiem czy ojcem.
Ha, ha…! Już wiem, dlaczego tak lubię zdjęcia nagrobne.
Bo przecież, jeśli krążymy w kole narodzin i śmierci, to potencjalnie mamy szansę stanąć nad własnym grobem z któregoś ze wcieleń.
Oczywiście ta hipoteza wyklucza spełnienie życzenia pogaduszek ze zmarłymi z listy, ponieważ jej interlokutorzy żyją i oby mieli się dobrze.
Lecz przecież hipotetycznie mogę być własną prababcią, a nawet pradziadkiem?
Wtedy pogaduszka z przodkiem byłaby monologiem wewnętrznym.
Czemu nie?

44

1

Obliczyłam, że miejsce od którego trzeba mnie było jako dziecko odrywać siłą podczas powrotów z wakacji, liczy sobie około 100 lat rodzinnej egzystencji. Najpierw w typowej chałupie krytej słomą, później w sporym domu zbudowanym w epoce gierkowskiej propagandy sukcesu. Najlepsze wspomnienia mam z tej nieistniejącej już chałupy.
W końcu przyszedł czas oczyścić je z błąkających się ech przeszłości, z nagromadzonych przedmiotów i pozbyć się go, jako tego w którym następne pokolenie już bywać nie może i nie chce.
Kiedy ma się dom na wsi można praktycznie nie używać śmietnika.
Można zbierać sentymentalnie wszystko nie bacząc jak kiedyś poradzą sobie z tym spadkobiercy. Tak robiła ciocia i dobrze jej z tym było.
Ubrania o krojach z wielu epok modowych tego wieku, torebki babci, liczydła dziadka, buty, lampka naftowa, garnki, zeszyty z podstawówki z czasów wojny (pewnie z tajnych kompletów), listy, szklanki, talerze, filiżanki, dzbanki, dzbanuszki, bibeloty, durnostrojki, dywaniki, sporych rozmiarów, Matka Boska Potłuczona (w sensie, że z pękniętą główką), rogi jelenie, wazony, wazoniki, wazoniczki, miś z urwanymi nogami (mój), gazety przedwojenne, kryształy różnych kształtów i przeznaczenia. Oraz wiele, wiele innych…
No i najważniejsze: książki.
Mnóstwo książek.
Od 1920 roku po dzień dzisiejszy.
W dodatku kult książek i chleba zaszczepiono nam chyba na pohybel.
Chleba i książek nie wyrzucamy.
Jeśli ktoś chciałby studiować zagadnienia z literatury socrealistycznej służę pomocą i wsparciem.
Od 1946 roku po lata sześćdziesiąte chyba jest zgromadzone wszystko co miało ludności przybliżyć nowy ustrój. Historycznie pewnie ma wartość naukową. Niektóre pozycje nagrodzone nie znaną nam nagrodą Lenina i Stalina. Dziadek to kupował, bo pewnie tylko takie dzieła na wieś przysyłano wtedy do kiosku. Czytać się tego już raczej nie da. Z niektórych tekstów ubaw po pachy – przez chwilę.
ksiazki2m
Zrobiłam selekcję:
produkcyjniaki do kotłowni,
literatura klasyczna do zachowania,
książki przedwojenne bez względu na wartość literacką do zachowania.
ksiazkmi

Przywieźliśmy to dobro intelektualne do domu, zasiadam do komputera, patrzę na allegro, a tam kicha.
Nikt nie interesuje się starą literaturą.
Ludzie mają takie książki i wystawiają je za złotówkę. Bez rezultatu.
Co robić?

Produkcyjniaki i propaganda socjalistyczna w kotłowni leży i jeszcze poleży, bo książki spalić nie jest prosto.

Ciocia, babcia i dziadek chichoczą z góry jak hieny.

43

1

Jadę w swojej granatowej kurtce na czerwonym siedzeniu w nie wiadomo jakiego koloru samochodzie (jakiś taki brudny ciemny beż) i słyszę z radia reklamę, która obiecuje, że jak mężczyzna zażyje jakąś tam tabletkę, to będzie w folii przez ileś godzin.
Hm, jak mężczyzna będzie w folii to już i tabletki go nie postawią za przeproszeniem.
Tu przypomniała mi się przyśpiewka ludowa tragikomiczna:
„Umarł Maciek umarł już leży na desce, gdyby mu zagrali podskoczyłby jeszcze”.
Po kilku piosenkach i prognozie pogody, reklama się powtarza i tym razem słyszę dokładniej, że jak mężczyzna zażyje jakąś tam tabletkę, to będzie w formie przez ileś godzin.
Taaa, mała różnica, a może cieszyć. Zwłaszcza Jego, bo One to różnie, nie wszystkie lubią formę przez ileś tam godzin.

Znalazłam taki przepis: domowa nutella
- 2 dojrzałe awokado,
- 1 banan ( opcjonalnie)
- 3 łyżki kakao,
- słodzik ( miód, stewia, ksylitol)
Wykonanie:
Wszystkie składniki włożyć do miski i zmiksować. Można dodać orzeszki lub owoce do dekoracji i smaku.

Ale ile to można przechowywać? Użyta chemia gwarantuje nutelli sklepowej przeżycie następnego stulecia.
Bo przecież nie sposób takiego rodzaju pożywienia zużyć szybko.
Chyba że do ciasta

42

0

Stoję przed lustrem, moje odbicie z początku realne zaczyna się powoli przekształcać. Twarz się wydłuża, potem rozszerza pod kątem, na skos. Oczy i brwi rozciągają się, usta robią się podobne do napompowanych czymś tam „kaczych dziobów”. Otwieram te usta w zdziwieniu, a w japie sterczą zęby jak u wampira. Jestem potworem.
Taki sen.
I to śni człowiek, który znalezionego za łóżkiem pająka zostawia w spokoju.
A niech tam sobie zimuje sierotka, póki go nie dorwie los w postaci odkurzacza.
Ten się oczywiście odwdzięczył i od dwóch dni swędzi i boli pogryziona przez łachudrę ręka.
Znaleziony pod poduszką wyleciał sprintem pod przeciwległą ścianę. Może złamał sobie nóżkę i tak szybko mi z powrotem nie przypełznie.
…..
Chyba przypełzł.
Odkryłam ugryzione miejsce na brodzie.
Nie czekał aż zrobię z nim to, co pomyślałam.
Zwiał.
***
Tymczasem na mieście większość społeczeństwa chadza w „dżdżownicach”. To takie kurtki pikowane w poprzek. Chyba po to żeby ujednolicić wygląd ulicy. Wszyscy wyglądają w nich jednakowo grubo. Dawniej fartuszki szkolne miały maskować różnice w statusie materialnym uczniów. Teraz kurtki maskują różne figury. To znaczy skutecznie maskują szczupłe.
A mnie zimno zaczęło dokuczać, bo się uparłam, że dżdżownicy nie kupię. W fartuszku chodziłam przez osiem długich lat, chyba wystarczy tej solidarności z narodem.
Wczoraj nabyłam wreszcie kurtkę pikowaną w pod kątem w dół. Nieźle, można w niej nawet udawać talię.
Co mi tam, będę udawać.
Niestety do wyboru był kolor ciemny granat i lekko błyszczący beż.
Niestety jedna i druga opcja była do przyjęcia.
Niestety, bo takie dylematy znacznie wydłużają proces kupowania. Byłaby jedna propozycja, byłby święty spokój.
A tak siada na ramieniu diabełek odpowiadający za próżność i ględzi w przymierzalni:
- ciemny postarza
- jasny pogrubia
- ciemny jest nudny
- jasny nie pasuje do włosów
- do granatowego nie mam butów
- ale do jasnego też nie mam
- do ciemnego mam szale
- ale do jasnego też mam
I przykładam do twarzy ozdobionej jarzeniowym światłem raz jedną, raz drugą i znowu…. Jakby był trzeci kolor czerwony, to bym wzięła, pasowałby do pokrowców w samochodzie. Mam czerwone z przekory, bo nikt czerwonych nie ma. Przynajmniej ja nie widziałam.
Jakby to był ostatni w życiu zakup kurtki. Jakbym w niej miała chodzić przez co najmniej dziesięć lat. Samochodu tak nie wybierałam jak ten łach.
Samochód wybrałam w pięć minut.
Jeździ, nie ma widocznej rdzy, ma wspomaganie, mieści się w garażu – koniec dylematu.
Ale samochodu do karnacji i koloru włosów nie dobierałam.
Wszystko przez tą próżność.

41

0

Wczoraj dołączyłam nieświadomie do grona ludzi z dystansem dotyczącym piłki nożnej.
Po prostu zapomniałam o meczu i poszłam na „Botoks”
Wbrew przeczytanym komentarzom na temat filmu nie zemdlałam, nie dostałam torsji z obrzydzenia, ani nie miałam ochoty wyjść przed końcem.
Co tak ludzi bulwersuje w tym obrazie?
Ja byk było napisane na początku, że film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach.
Z pewnością gazety te wydarzenia opisywały. Portale internetowe również.
Zemdlał ktoś nad lekturą?
To dopiero trzeba pokazać żeby uruchomić wrażliwość?
A żeby było ciekawiej za tą uruchomioną wrażliwość wini się twórców filmu, jakby była ona czymś złym.
Bo wszędzie, zawsze i o każdej porze myślimy o własnym komforcie. I że nie jest fajnie zobaczyć konający płód w szpitalnej nerce, jeśli do kina poszło się przed kolacją.
No nie jest.
Film oparty na faktach – to powinno bulwersować, a nie własny dyskomfort.
A bezradność rodzącej wobec personelu złożonego z obcych, obojętnych ludzi?
Kto tego nie zna?
Niech pozna na ekranie. Doświadczałyśmy przez lata, w czasach kiedy rodziny nie miały wstępu na odział położniczy. Sama mam w rodzinie osobę z traumą z tego powodu.
Chamski, podły, cyniczny szef?
Które środowisko zawodowe obrazi się i zaprzeczy? Które zarzuci kłamstwo?
Amoralność koncernów farmaceutycznych – zaskoczyła kogoś?
Doprowadziła do szoku?
A komentarzy mężczyzn na temat ciał ich partnerek nikt nigdy nie słyszał? Patryk Vega to wymyślił?
Naprawdę?
Że ładna cipka, albo brzydka i że on się brzydzi?
Ogólnie narządy rozrodcze nie są ładne u obu płci, żeby nie wiem jak je poprawiać chirurgicznie. Jako że podczas współżycia i tak ich nie widać, natura i ewolucja nie przewidziała, że ktoś będzie się ich wyglądem inspirował do czegokolwiek. Podejrzewam, że problem został wymyślony przez lobby chirurgii plastycznej.
Albo inaczej: nasze babki wiedziały co robią, gasząc w sypialniach w porę światło.
No i wreszcie, czy ktoś się czuje zszokowany pokazaniem jak kobiety z różnymi dramatami życiowymi i różnymi możliwościami radzą sobie z życiu?
Sympatyczniej by było, gdyby sobie nie radziły, tylko w biedzie czekały na nie wiem co – litość Pana Boga? Czy jakąś robotę na umowie śmieciowej za 900 na rękę?
Co tu jest takie szokujące?
Że „ryj” trzeba sobie zrobić botoksem, żeby dostać pracę i nie być lekceważonym?
Nie wiedziały Panie i Panowie tego?
Mdłości mógł co najwyżej wywołać napis na początku i jego weryfikacja z treścią:
FILM OPARTY NA PRAWDZIWYCH WYDARZENIACH.
Bo dla widzów wszystkich części „Teksańskiej masakry piła mechaniczną” realistyczny obraz cesarskiego cięcia to chyba nic takiego strasznego. Zwłaszcza, że jest to zabieg ratujący życie, a nie odwrotnie jak w durnych horrorach.

Radzę nie czytać żadnych recenzji, iść i zobaczyć. Zabieg z przeplataniem scen humorystycznych z dramatycznymi sprawił, że film nie jest tak ciężki i przytłaczający jak by to wynikało z tematyki.
Jak w życiu: komedia i tragedia przeplatają się tworząc zgrany wbrew pozorom i na szczęście duet.

40

0

Wygląda na to, że trzeba już zacząć myśleć o przyszłorocznym urlopie. Nie ma przesady, dobre miejsca są bukowane prawie na rok z góry.
Jakby ktoś miał tak ogólnie dość, to proszę popatrzeć.
Mieszkać można tu:
dom
A chodzić tu:
g2
hdr
Widzicie tu „ zakopiańskie” tłumy?
g1
Były, trochę były, ale wraz ze zbliżającym się zakończeniem wakacji stopniały do osobnika, co już potomstwo wykształcił i w zasadzie się nie spieszy.
Osobnik spokojny, nie nawołuje na szlaku towarzyszy wędrówki, nie chichoce piskliwie podczas fotografowania SIĘ w „okolicznościach przyrody”. Można z takim wędrować.
Właśnie. Ludzie mają w górach widoki zapierające dech, a zdjęcia robią głównie sobie. Jest coś co pokona absolutnie wszystko: tak zwana miłość własna.
Zdjęcia właściwie podpowiadają fajne miejsca innym.
A ja. A my?
Tam gdzie faktycznie nie byliśmy – płasko. Niewątpliwie ładnie, ale płasko.
A jak tak dobrze czuję się w górach.

39

2

Ja wiem, kto wie i czemu się nie odzywa?
A nagroda była.
Oni biegną za NIM.
mały czerwony

Apokalipsa znów przesunięta. Kto się nie może doczekać zapraszam na Youtube. Wersji końców gatunku ludzkiego bez liku.
U Bakuły można poczytać jak jadało moje pokolenie.
Nie co, ale jak.
Też mi ściągano łokcie ze stołu i nie pozwalano ciamkać, paprać oraz kroić całego kotleta przed jedzeniem niczym pensjonariusz żłobka. Ze mną był ten kłopot, że akt spożywania posiłku celebrowałam do mniej więcej półtorej godziny.
Nie było na to sposobu. Jedzenie w buzi rosło jak manna w niebie. Do dziś nie jem wiele, na szczęście szybciej.
Rzadko bywam w restauracjach, nie widzę, czy rzeczywiście ludzie teraz brzydko jedzą.
Możliwe, skoro byle jak mówią to może i byle jak jedzą.
Widuję bary w galeriach handlowych, gdzie jedzenie zamiast na talerzach serwuje się na półmiskach, na jakich dawniej podawało się potrawy dla wszystkich biesiadników.
Wielkość porcji skutecznie mnie odstrasza więc jak już muszę, kupuję pasztecika w papierku i zjadam go idąc i mijając stoliki z konsumentami walczącymi z górami żarcia. Szybko i poniżej 5 złotych. Paszteciki szczecińskie bardzo lubię, miłość do wiórów skrobanych z wielkiego mięsnego wrzeciona jest dla mnie zagadką. Taki patriotyzm lokalny.
Picie napojów ze słoików ze słomką, również mnie nie powala.
Te słoiki to chyba taka „disainerska” moda nawiązująca trochę do trendów w meblarstwie na lata 60-te. Być może niesłusznie, ale takie podejrzewam skojarzenia u pomysłodawców.
Pomyłka. W latach mojego dzieciństwa z musztardówek piły wyłącznie środowiska bliskie melinom alkoholowym. Podobnie jak dziś.
Pamiętam pewne szklanki z cieniutkiego szkła, ozdobione wyciętymi w nim kwiatkami niczym w krysztale. Piękne były i służyły do herbaty. Spodeczki robiono z tak cienkiego szkła jak szklanki.
W sklepach można było kupić całe serwisy do kawy, a i tak kawę piło się w szklankach.
Pewnie dlatego, że fusy nie mieściły się w filiżankach, a parzenie w dzbankach można było zobaczyć tylko na filmach.
Teraz kubków w bród, kawę pije się w nich całkiem sympatycznie, a dzbanki nadal w niełasce z racji istnienia domowych ekspresów.
Babcia Wnukom patrząc w sklepach na szkło użytkowe nie może się nadziwić, że teraz tak dużo naczyń jest zrobionych ze szkła słoikowego, a to takie ordynarne przecież.
No pewnie jak się miało szklanki w wycinane kwiatuszki, to się potem dziwuje, że niby wszystko miało być lepsze, a gorsze jest.
Gorsze, czy tylko inne?

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 tommek